Dojechaliśmy do Dzamn-Uud. Tutaj nam się wskazówki kończyły, wiedzieliśmy od znajomego Rosjanina tylko tyle że musimy wsiąść do jakiegoś busa który nas przewiezie przez granicę. Co później - nie wiemy. Czyli przygoda :-) Wysiedliśmy z pociągu i zaczął się wyścig. Byliśmy tam jedynymi turystami, przez granicę przejeżdżali jedynie Mongołowie - dlatego też i dla nich czekały tam UAZy, busiki, autobusy. Tylko kwestia wynegocjowania stawki i jazda przez granicę. Załatwia się to machając dużo rękoma i robiąc sceniczne miny. Chyba udało nam się dogadać, znów pomocny był znajomy Rosjanin, wsiadamy więc do UAZa w którym trzeba trzymać drzwi bo się otwierają podczas jazdy :-). Jedziemy może 2 minuty drogą asfaltową, widać już granicę, a tu nagle kierowca skręca w bok, jedzie kawałek po stepie i ustawia się w kolejce podobnej świeżości aut. I w tym momencie nasuwa się nam pytanie WTF ?
Dogadać się nie bardzo możemy więc czekamy. Za chwile nasz Mongolski kierowca przychodzi z innym potomkiem Dżyngis Chana. Chyba zostaliśmy sprzedani, bo doszło do tranzakcji między tymi dwoma kierowcami i już za chwilę podjechaliśmy na początek kolejki gdzie przerzuciliśmy też nasze bagaże. Najważniejsze jednak że będzie szybciej :-) Nasz nowy kierowca to taki pocieszny Mongoł, dyskutował z nami trochę po Rosyjsku (chyba znał go tak jak my), siłował się z Maćkiem na ręke i cieszył się z tego że Maciek jest taki wielki :-)
Ale dlaczego nie na drodze ?

Chyba jesteśmy tutaj ;-)

Później nastąpił szreg dziwnych formalności, ktoś komuś odpalił jakąś kasę, bądź co bądź dotarliśmy do granicy wyjazdowej z Mongolii. Tam musieliśmy stać w kolejce razem z innymi Mongołami, tu już się czegoś nauczyliśmy o mieszkańcach tej części świata. Pchaj się albo będziesz stał jak frajer. Nasz kierowca podwiózł nas dalej do granicy Chińskiej i tu się z nim pożegnaliśmy.
Kolejne formularze i idziemy w kierunku odprawy. Tu już widzimy pierwsza specyficzną rzecz w Chinach - nadmiar osób na jedno stanowisko. Wszędzie ktoś stoi, gdzieś Cię kieruje. Mongołom ta odprawa przebiega gładko, ale niestety my jako przedstawiciele innej nacji zostajemy skierowani do punktu sanitarnego. Tam miła Chinka rozdała nam termometry pod pachę i po kolei zmierzyła dodatkowo temperaturę urządzeniem które się przykłada do czoła. Mają tutaj fobię na punkcie A1H1, co jakby nie było nam na rękę bo generalnie byliśmy słabego zdrowia. Co drugi miał stan podgorączkowy, kaszlał a każdy smarkał. Oczywiście w ankietach które wypełnialiśmy byliśmy okazami zdrowia. Po kolei sprawdzali nas wszystkich, niektórym wyszło 37 stopni, ale to widać było ok. Miałem trochę mniej szczęścia bo mi pokazało 37,6 stopnia. Tutaj Chinka wydała się wyraźnie zaniepokojona. Przepytywała mnie czy źle się czuję, czy mam jakieś katary, kaszle itp. Oczywiście że nie dla niej nie miałem ;-). Dodatkowo zacząłem jej wmawiać że mam naturalnie wyższą temperaturę. Dostałem jeszcze raz termometr, ale tym razem włóżyłem go nad koszulkę (bo miałem na sobie jeszcze polar) i poniżej pachy (za radą cwanej Kasi która wcześniej tak zrobiła), no i nie wiem ile mi wyszło ostatecznie, ale widać wystarczyło, bo w końcu nas przepuścili. Później tylko obmacali nam bagaż i voila - jesteśmy w Chinach :-)
Dalej podreptaliśmy z plecakami do miejsca gdzie stoja Chińczyki. Tam się chwilę potargowaliśmy i przy pomocy rozmówek (dzięki Sylwiuś ;-)) pokazaliśmy że chcemy na dworzec. Na dworzec w miejscowości Eerlang i owszem dojechaliśmy, jednak wyglądał na zabity dechami. Tzn jest niby kasa w której to kobieta nie chce z nami rozmawiać, ale poczekalnia zamknięta, na perony wejść się nie da, ani jednego podróżującego, WTF again? Wtedy dopiero zrozumieliśmy że o ile w Rosji czy Mongolii, kiepsko bo kiepsko ale potrafiliśmy się dogadać to tutaj to jest jakaś przepaść. Kilka prób porozumienia się po angielsku spełzło na niczym. Udało nam się chociaż tyle że jakiś tubylec nam pokazał ręką kierunek, to nas zaprowadził do ATMa. Ok, mamy chińskie pieniądze - to już coś. Wróciliśmy na dworzec i siedzimy bezradnie. Ostatecznie postanowiliśmy pogadać z parą która siedziała przy ulicy na dworcu. Kasia ich wcześniej zagadała i okazało się że kobieta z Mongolii umie trochę po Angielsku. Czeka tam na kogoś z mężem ale może nas zaprowadzić na dworzec autobusowy, na propozycję ochoczo przystaliśmy.
Po Angielsku - anybody?

Bilety na autobus sypialny (???) udało nam się kupić przy pomocy metody na kartkę z nazwą miejscowości i gestykulacji. Jako że mieliśmy jeszcze trochę czasu wybraliśmy się na spróbowanie lokalnego pokarmu. Na ulicach chyba stanowiliśmy jakiegoś rodzaju atrakcję bo ludzie się zatrzymywali żeby nas obejrzeć, staruszkowie z wyszczerzonym uśmiechem się nam przypatrywali, kierowcy taksówek krzyczeli "Hello". Jako że to nasz pierwszy posiłek w tym kraju postanowiliśmy nie wybrzydzać i wybraliśmy pierwszy lepszy lokal. Knajpa nie grzeszyła czystością, po porzednich gościach się tam sprzątało dopiero jak przyszli nowi - tzn. my. Oczywiście i tu stanowiliśmy atrakcję. Teraz kolejne wyzwanie - co to jest ten rząd krzaków w menu. Próbowaliśmy to jakoś deszyfrować przy pomocy rozmówek, ale niestety nie tędy droga. Maciek rezolutnie znalazł w rozmówkach słowo kurczak (bo się boi ryb ;-), tak też pokazał naszemu kelnero - kucharzowi. Po dodatkowym ruchu ręką oznaczającym ciachanie nasz człowiek wyszczerzył się szeroko, kiwnął głową, wyszedł z lokalu, wsiadł na swój skuterek i gdzieś pojechał. Ok, robi się ciekawie ;-) Wrócił po 5 minutach z siatką, której zawartości nie omieszkał pokazać Maćkowki. Był to grillowany kurczak, w całości z łapkami i łbem :-) Kurczak wrócił za chwilę pokrojony i przybrany czymś zielonym. Na zimno oczywiście :-) Przynajmniej Maciek wiedział co je ;-) Ja z Kasia wybraliśmy metodę chybił - trafił, w ten sposób stałem się posiadaczem dania z gatunku wyciskaczy łez i potu, a Kasi się trafiło też coś całkiem smacznego. Malwina z Kamilem zamówili jakieś danie z kurczakiem wybierając tym razem w rozmówkach już coś konkretnego. W sumie było całkiem smacznie, początki kuchni chińskiej zapowiadały się obiecująco :-)
Kurczak po chińsku?

Coś ostrego

Wsiadamy do autobusu - wygląda to tak, że w autobusie są 3 rzędy, po 2 łóżka w pionie. Przed wejściem trzeba zdjąć buty i włożyć w siateczkę, niby fajnie ale jak się okazuje nie wszyscy powinni to robić. Same łóżka oczywiście przystosowane do długości i szerokości nóg nastolatki (chińskiej) a pościel brudna. Skutkiem ubocznym bycia w podróży bez drugiej połówki jest to że się poświęca dla par które chcą być blisko siebie. W efekcie ja wylądowałem z przodu a nasze parki z tył. Efektem pozytywnym jest to że się poznaje wiele nowych osób. Jakoś tak się stało że miejsca wokół mnie były zajęte przez młodziutkie Chinki :-) Akurat to nie z nimi się zaprzyjaźniłem, bo w Chińskim narodzie język angielski dość mocno kuleje, a z młodziutką Mongołką o imieniu Odonchimeg z łóżka obok. Przegadaliśmy ładne pare godzin w nocy, dziwiła się że nie umiem jeździć na koniu i wielbłądzie. Pokazywałem jej zdjęcia z naszej dotychczasowej wyprawy i między innymi krótki klip reklamujący film dokumentalny o Australii. Oglądała go chyba ze cztery razy, jej zachwyt był bezcenny :-) Reszta ekipy nie miała tyle szczęścia, okazało się że leżał koło nich ktoś o skarpetkach kilku świeżości i niezbyt miło im się spędziło czas. Jeżeli dodać do tego ogólny syf, ścisk, bujanie, upał, brak toalety i nieprzyjemnych zapach postanowiliśmy zgodnie - autobusom sypialnym mówimy nie - ale może mieliśmy pecha ?
Pobudka już w Pekinie :-)