Za uporem Kasika na Wielki Mur wybraliśmy się w miejsce odległe od Pekinu (Huanghuacheng), zamknięte do zwiedzania, jednym słowem nie dla turysty grupowego. Wróżyło to zobaczeniem muru w jego bardziej naturalnej postaci, bez poręczy, odnowionych stopni, tysięcy turystów i towarzyszących im dziesiątek nahalnych sprzedawców. Po zjedzeniu śniadania za dwa Yuany składającego się z dwóch nadziewanych zieleniną i jajkiem kawałków smażonego ciasta, wybraliśmy się na stację PKS. Tam szybko zostaliśmy zaczepieni przez Chinkę znającą 3 słowa po angielsku, i tak się stało że zamiast tłuc się autobusami z przesiadkami mieliśmy prywatnego busa. Miejsce docelowe było oddalone o około 120km.
Akcja pt. gdzie jesteśmy, gdzie jedziemy

Po przyjeździe na miejsce wręczono nam mapę skserowaną 100 lat temu z Lonely Planet i wyruszliśmy na mur. Przy wejściu przywitała nas tablica, na której było napisane coś po angielsku, jakieś napisy że jest "not open to the public", no ale że my jesteśmy z Polski więc nie rozumieliśmy i poszliśmy wydeptaną ścieżką wzdłuż muru. Po drodze natknęliśmy się na dwójke tubylców z tabliczką na której było napisane 2 Yuany, stwierdziliśmy że to nie majątek więc zapłaciliśmy. Dreptając dalej scieżką wzdłuż muru dotarliśmy do miejsca gdzie była drabina. W ten właśnie oto sposób zdobywa się Chiński mur :-)
Nie rozumiemy co tu jest napisane, w Polsce sprawdzimy w translatorze :-)

Maciek zdobywa Wielki Mur, ain't that easy ?

Mur sprawiał wrażenie jakby był częściowo, niedokładnie wyremontowany. Ile lat temu, ciężko orzec. Mijaliśmy w upale kolejne baszty trzymając się cienia i chłodu. Jako że młodsza część drużyny (czyt. Kamil i Malwina) wyrwała do przodu to w jednej z baszt natrafili na małą przeszkodę. Nazywała się ona wrzeszcząca stara Chinka, która chciała 3 Yuany za przejście. Doszło do szamotaniny, groźby rzucenia kamieniem. Ot tak tu sobie dorabiają staruszki ;-) W miarę jak się wspinaliśmy pod góre coraz mniej było śladów bytności innych turystów (czyt. śmieci). Schody zamieniły się w jakieś resztki a ich nachylenie wzrosło do 60 stopni. Schodzenie okazało się jeszcze trudniejsze, często trzeba było pomagać sobie rękoma. Na dole niespodzianka, dwójka młodych kolesi, którzy okazali się Polakami, pierwsi rodacy których spotkaliśmy w Chinach :-) Po krótkiej rozmowie okazuje się, że mają problem, ponieważ przy jedynym zejściu pareset metrów od miejsca, w którym byliśmy stoi jakiś stary Chińczyk ze sforą psów i chce 40 Yuanów od łebka za przejście. Wg opisu psy były krwiożercze, więc próbowaliśmy odnaleść jakąś inna drogę. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na konfrontację, jednak przy naszej przewadze liczebnej i wybraniu drogi dookoła jego bramy skończyło się jedynie na groźbach słownych (przynajmniej tak nam się wydaje, bo chyba nie życzył nam miłego dnia ;-)








Tego dnia wybraliśmy się też do Olympic Center w Pekinie trzeba przyznać że Chińczycy jeśli chcą to mają rozmach.

Padnięci i wygłodzeni po całym dniu chodzenia marzyliśmy o czymś do zjedzenia. Jak to stwierdził Kamil - "Mam ochotę na coś taniego". Stwierdzenie to zostało naszym naczelnym hasłem przez parę następnych dni :-). Coś taniego - szybko wyszło na to, że idziemy do hutongów, była tam jedna knajpka, która wyglądała w miarę czysto. Wchodzimy więc, oczywiście wywołujemy małe zamieszanie wśród obecnych tam ludzi, chyba jeszcze nie widzieli tam turysty. Kelnerka standardowo ni w ząb angielskiego, ale dostajemy menu. Najdroższe danie kosztowało 12 Yuanów - ok czyli tanio będzie. Próby zamówienia dań przy pomocy rozmówek spełzły na niczym, nic z kurczakiem, wołowiną i wieprzowiną nie było dostępne. Nie było także ryżu ??? To w sumie powinno nam dać do myślenia. Inną alarmującą rzeczą powinny być główki kaczki, które siedząca obok nas kobieta pałaszowała ze swoją córką. No więc trudno - zamawiamy metodą chybił trafił, w sumie wzieliśmy najdroższe dania, w końcu musi to być coś dobrego :-) Pierwszy dostał Kamil - gotowane kurze łapki z włosami i pazurami. Następnie dostałem swoje, to chyba była specjalność tego miejsca bo była dużymi literami na pierwszej stronie. Była to miska na górze której znajdowały się kości a pod nimi jakiś wywar. Po naszych zaskoczonych minach i po próbach ich obgryzania (chociaż nie było z czego) kelnerka przyniosła nam słomki (eureka!). Wypiliśmy trochę, chociaż co to było - ciężko orzec - czasami pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Dalej lepiej nie było, chyba jakieś języki, dziwne skrzydełka i podejrzane kawałki zimnego mięsa. Zdecydowanie trzeba być amatorem takiego jedzenia :-) Wyszliśmy głodni i trochę źli, chociaż co się naśmialiśmy to nasze. Pewnie jeszcze bardziej tamtejsi klienci. W akcie desperacji wybraliśmy się do chińskiego fast fooda w którym jedzenie było chociaż na obrazkach. Też kiepsko trafiliśmy bo nie było to zbyt smaczne, w efekcie po raz pierwszy od początku wyprawy się przełamaliśmy i weszliśmy do KFC. Dzień się zakończył definitywnie kulinarną porażką.
