Ostatniego dnia w Pekinie zgodnie z sugestią poznanych wczoraj Polaków postanowiliśmy przejść się do parku za Zakazanym Miastem. Pełny był on klasycznych budowali chińskich, pałacyków, altanek, mostków itp rzeczy stawianych przez kolejnych cesarzy. Jednak główną atrakcją tego miejsca byli spędzający tam czas Chińczycy. Grupki grające w karty, mahjonga, domino czy po prostu jedzące. Staruszki ćwiczące Tai-Chi, śpiewające, tańczące czy grające w zośkę. Widocznie to taka Chińska recepta na bóle pleców w odróżnieniu od polskiego zwyczaju chodzenia do apteki. Swoją drogą tych ostatnich w Chinach ciężko uświadczyć.











Na wagarach ? ;->

I w tym miejscu widać nadmiar siły ludzkiej w Chinach, wszędzie jest pełno służb sprzątających, strażników czy bileterów. W autobusie bardzo często jest też druga osoba zarządzająca, zbiera ona pieniądze przy wejściu, macha flagą przy odjeździe z przystanku.
Dzisiaj był kolejny dzień naszych kulinarnych podbojów, tym razem w restauracji były obrazki, przy pomocy rozmówek, robienia min i mówienia "ok? - ok!" doszliśmy z obsługą do porozumienia. Tym razem było smacznie, wspomnienie po hutongach nie opuści nas jednak jeszcze długo :-). Swoją drogą w Chinach mają coś co wygląda jak liście naszej pietruszki, ma jednak dużo bardziej intensywny smak i wybitnie nam nie przypadło do gustu. Praktycznie jeżeli dostaliśmy danie z tą przyprawą to było dla nas prawie niejadalne, Chińczycy ją jednak niestety uwielbiali (dowiedzieliśmy się że świństwo owo nazywa się kolendrą - u nas niespecjalnie popularna aczkolwiek dostępna)
Ledwo zdążyliśmy na pociąg, dworzec w Pekinie jest przeogromny, przelewają się przez niego dziesiątki tysięcy ludzi w jednym momencie, ale wszystko jest dość jasno opisane i oznaczone. Mamy bilety w klasie "hard sleeper" czyli coś na kształt wagonów klasy plackartnej w transybirze - tzn otwarty przedział sypialny. Ułożenie jest jednak zupełnie inne niż w pociągu rosyjskim. Wagony są wyższe i łóżka są ułożone po trzy w pionie, dzięki temu jest szerszy korytarz i więcej miejsca na nogi - już nam nie wystają. Dziwne - chińskie pociągi są bardziej przygotowane na wysokich ludzi niż rosyjskie. Przy kupnie biletów chyba nie do końca dogadaliśmy się ze sprzedawczynią i w efekcie wszyscy dostaliśmy miejsca na najwyższym poziomie. Chińczycy są na początku skonsternowani naszą obecnością ale dość szybko się oswajają z nowym zjawiskiem - tzn nami. Sam pociąg jest całkiem sprawnie zorganizowany, korytarzem chodzą wagoniki z owocami, gotowymi daniami, przygryzkami - i co najlepsze nie kosztuje to specjalnie więcej niż normalnie. Za zestaw jakichś tam warzyw, kawałka mięsa i innych niezidentyfikowanych chińskich rzeczy + ryż - niecałe 5 złotych. W każdym boksie stoi termos z wrzątkiem które napełnia obsługa i są 4 WC na wagon. Gdyby oni jeszcze mieli mydło i papier w nich ;-) Wszyscy tu jedzą zupki chińskie w kubełkach, w środku jest nawet składany widelec.

Musimy przyznać że widoki za oknem są dużo ciekawsze niż te w koleji transyberyjskie. Bardzo strome góry przechodzące w idealnie płaskie doliny, pociąg przejeżdża ich zboczami i prawie połowę czasu spędza w tunelach. Atmosfera w wagonie jest bardzo miła, jakiś Chińczyk przechodząc obok poklepuje nas po ramionach, pokazuje kciuk do góry i w ten sposób się komunikujemy ponad barierami językowymi. Teraz przed nami tylko noc i pobudka w Pingyao - mieście które podobno oparło się presji czasu - zobaczymy :-)
Młody gniewny

Chińczycy są w tym dobrzy
