Jesteśmy więc w Chengdu, kolejnym chińskim 10 milionowym mieście. Hostel znaleziony, tym razem nikt nas nie złapał, wybraliśmy więc taki najbliżej
dworca. O ile mnie pamięć nie myli koszt był 25Y za noc (ciut ponad 10zł) na łebka, narazie najtaniej na naszej trasie podróży :-)
Jako że przybyliśmy od rana, nie tracąc specjalnie czasu wybraliśmy się do położonego o 100km od Chengdu miast Leshan słynnego z wielkiego Buddy. Jest to jedno z największych miejsc kultu Buddystów. Tam też po raz pierwszy odczuliśmy naprawdę coś co towarzyszyło nam do końca podróży - strugi potu lejące się po twarzy, wysoka temperatura + wilgotność w okolicach 90% powodują chęć nie wychodzenia z klimatyzowanych pomieszczeń. Wejście kosztowało 90 Y także dość drogo jak na Chiny (nie pamiętam czy obowiązywała tam zniżka ISIC - Kamil ?)






Wcale nie taki duży :]

W drodze powrotnej autobusem przy pomocy maszyny losującej wśród chińskiego narodu tym razem miałem troche więcej szczęścia i trafiła mi się młodziutka Chinka :-) Dysponowała umiejętnością języka angielskiego na poziomie "I are" ale jakoś się nam udało dogadać :-) Chyba jako oznakę sympatii próbowała mi dać pokaźny kawał kaczki (oczywiście z głową i pazurkami ;-) zapakowany próżniowo w folię, ale się jakoś wybroniłem. Dowiedziałem się od niej min że ma kompleksy na punkcie swojego wyglądu bo jest gruba, i że nie znajdzie męża. Otóż jej grubość objawiała się tym że miała 55kg przy wzroście ok 165cm, cóż standardy na świecie są różne :-) Dowiedziałem się również że w Chengdu zarabia się ok 50-100Y za dzień. W sumie takie stawki i u nas były w okresie szalejących przemian więc w Chinach pewnie i to się szybko zmieni.
Dnia następnego wybraliśmy się do rezerwatu pand. Wrażenie po obejrzeniu ich zachowania pozostało tylko jedno - nic dziwnego że mają się ku wymarciu. Jak ewolucja stworzyła taki gatunek ciężko mi pojąć :-) Stworzenia te są okropnie leniwe, całe dnie spędzają na leżeniu lub przewracaniu się nawzajem. Są na tyle leniwe, że pandy w rezerwacie są zapładniane in vitro, ponieważ nie mają ochoty robić małych naturalnymi metodami. Podobno nawet filmy dla khe khe dorosłych pand nie pomagały.




Po wizycie w Chengdu wyruszyliśmy do jednego z ostatnich miejsc na naszej trasie - Guilin. Przed nami 26 godzin w pociągu, co to dla nas :-) Z tej okazji małe zobrazowanie jak wyglądały nasze podróże pociągowe. Po wejściu zwykle zadamawialiśmy się na dobre wieszając sznurki na pranie itp. Później zazwyczaj spaliśmy na zmianę z graniem w karty i testowaniem jedzenia przewożonego przez obsługe Warsu (czy jak się chiński odpowiednik nazywa).

Kibelek :-)


Ładnie się zaczęło robić za oknem - temperatura i wilgotność też niestety rosły


