Dzień 20 - 23 - Rzeka Li

Po 28 godzinach w pociągu po raz pierwszy naprawdę mieliśmy dość i chcieliśmy wysiąść jak najszybciej. Ten ostatni jak na złość postanowił mieć dwu godzinne opóźnienie. Dokuczał nam niemiłosierny upał i wilgotność, niestety nic nie zapowiadało żeby na zewnątrz miało być inaczej. Do Guilin dotarliśmy dopiero późnym popołudniem więc wybraliśmy się prosto do hostelu. Właśnie w tym miejscu zakochałem się w wędzonym tofu na ostro. Dodać do tego że solidny talerz tej potrawy kosztował 8Y (niecałe 4 pln). Samo Guilin to takie dość małe chińskie miasto (600 tyś. mieszkańców), głównie znane przez spływ malowniczą rzeką Li. Doszczętnie zrównane z ziemią podczas II Wojny Światowej przez Japończyków, teraz się intensywnie odbudowywuje.

W hostelu spotkaliśmy Polaków (w sumie dopiero 3 grupę od początku naszego wyjazdu), okazało się że dziewczyna o imieniu Dominika pracuje w Pekinie jako architekt. Podobno minusem pracy w Chinach jest to że dla nich dzień pracy to min 10 godziny, za to plusem że jest się traktowanym lepiej niż tubylcy :-)

Napotkany w hostelu Fin dał cynk że można mieć spływ rzeką już za 100Y, trzeba się tylko trochę popytać. Normalna cena dla turystów - 3-4x większa... Wybrałem się z Kamilem (niekwestionowanym mistrzem targowania się ;-) na poszukiwania transportu, no i tak po stargowaniu się z 180Y do 120Y mieliśmy niby załatwiony spływ z Guilin do Yangshuo. Najpierw pierwsza konsternacja - spływ miał być od Guilin a tymczasem wyjechaliśmy solidnie 30 km za to miasto. Na końcu kolejna niespodzianka, gdy ochoczo wyskoczyliśmy z naszej tratwy okazało się że nie jesteśmy w Yangshuo ale w miejscowości o nazwie Xingping. Teraz pytanie - czy to efekt naszego targowania, czy też było to z góry zamierzone ? Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo miejscowość okazała się świetna. Stosunkowo małe miasteczko, położone pośród pięknych form krasowych (czyta się wikipedię ;-), turystów niewielu, zaledwie jeden hostel - decyzja - zostajemy! :-)

Co do samego spływu to płynęliśmy takimi pseudo bambusowymi tratwami z silnikiem spalinowym. Obok nas często przewijały się duże statki wycieczkowe wypakowane turystami którzy nawet nie mogli nóg w wodzie zamoczyć. Za to mieli na pokładzie kuchnie - coś za coś ;-) Po drodze oczywiście przedsiębiorczy Chińczycy rozstawiali się z jedzeniem na patykach. Można było sobie też zrobić fotkę z kormoranami. Nie zdecydowaliśmy się ale Kasia i tak dostała kormorany które mieliśmy gdzieś podwieść. Co do tych ptaszorów to Chińczycy wykorzystują je do połowy ryb, na końcach drągów siedzą sobie przywiązane kormorany które nurkują do wody po rybki. Oczywiście mają związane przełyki bo zapewne by swojej zdobyczy tak łatwo nie oddały. Dostają podobno co siódmą rybkę i im się nawet dobrze w tej niewoli żyje. Z innych atrakcji to po drodze można było stoczyć wodną bitwę przy pomocy plastikowych pompek :-)

Babcia handlarka - jej nie uciekniesz

W Xingping zostaliśmy aż na dwie noce, wybraliśmy się min. na wycieczkę rowerową do rezerwatu w którym niby było można sobie popływać (w tym upale to była rzecz o której wręcz marzyliśmy), do rezerwatu nie dotarliśmy ale nieplanowanie odwiedziliśmy jaskinię. W Chinach można się targować nawet o wejściu do atrakcji, zamiast bodajże 60Y od łebka zapłaciliśmy 100Y za 5 osób ;-) Po prostu zrobiliśmy scenę że to wszystko co mamy - wystarczyło :-) Sama jaskinia nazwała się "Lotus flower cave", chodziliśmy nią około pół godziny i podziwialiśmy pięknie podświetlone różnymi kolorami neonów stalaktyty, stalagmity i inne formacje skalne. Kamil został mianowany głównym destruktorem rowerów, najpierw odpadł mu pedał a później jeszcze złapał gumę.

Xingping

Na tą górę się wybraliśmy o świcie

Poranek targowy w chińskim miasteczku

Szkoła widziana z góry

Na śniadanie tu się jada noodle

O świcie wybraliśmy się też na położoną zaraz przy naszym hostelu góre, z której był świetny widok na okolicę. Wchodzenie pod górę nawet o 6 rano w tej temperaturze oznaczało utratę wielu litrów wody - ale widok był tego zdecydowanie warty :-)

Xingpin to też okres nałogowego picia piwa, bardzo pomagała w tej temperaturze. Największą jednak namolnością tego miejsca były Chinki naganiarki które próbowały nam sprzedać spływ bambusową łódką do Yangshuo, idąc ulicą co 3 kroki byłeś zaczepiany przez "Bamboo Yangshuo?".


Feedback

# re: Dzień 20 - 23 - Rzeka Li

Gravatar Xing Ping - jedno z najpiękniejszych miejsc w jakich byłam :) 11/19/2009 6:59 PM | Kasik

Post a comment





 

Please add 4 and 3 and type the answer here:

 
Copyright © Dawid Kowalski