Dzień 23, 24 - Yangshuo

Do Yangshuo dotarliśmy ponownie na pseudo bambusowej łódce. Po drodze widoki nie były już tak spektakularne dlatego też nie było tam praktycznie żadnego ruchu. Mogliśmy poobserwować tubylców łowiących ryby, szukających krabów między kamieniami czy wyciągających dziwne glony z rzeki (tu nam zaświtało co też jedliśmy na śniadanie ;-). I tym razem nie dotarliśmy tam gdzie chcieliśmy bo łódkowy wyrzucił nas kawałek przed głównym portem - chyba wynika to z tego że nie wszyscy tam mają pozwolenia na przewóz turystów. Po morderczym marszu z plecakami (raptem może z 2 km ale w tym upale to jak ze 100 ;-) dotarliśmy do celu. Jak się okazało miejsce to ma zgoła inny charakter niż Xingpin - po pierwsze jest dużo większe, po drugie jest to praktycznie kurort turystyczny, tubylcy żyją tu chyba głównie z turystyki. Oznacza to setki sklepów z tandetnymi pamiątkami, dużo restauracji z zawyżonymi cenami i na szczęście dużo hosteli :-) Była też tego pozytywna strona - można się dogadać po angielsku! W restauracji są też angielskie napisy, wreszcie :-) Młodsza część drużyny załatwiła bilety na autobus (sypialny!) na jutro wieczór więc mieliśmy przed sobą dwa pełne dni w tym miejscu.

Brzeg Yangshuo

Pierwszego dnia udało nam się zebrać na rowery - cel Moon Hill. Tutaj wreszcie mieliśmy okazję sprawdzić jak to jest być uczestnikiem ruchu w Chinach. Niezapomniane przeżycie! Chyba jeszcze tego nie opisywałem więc może streszcze po krótce. Po pierwsze przepisy - otóż w tym kraju traktowane są one raczej jako sugestie (taksówkarz w Chengdu np nawet nie zwolnił na czerwonym świetle), standardem jest wyprzedzanie z prawej strony, wszyscy jadą jak im się podoba i gdzie im się podoba. Rowery i skutery jeżdża w 50% pod prąd (na początku klnęliśmy na nich, później sami tak zaczęliśmy jeździć). Po drugie klakson - średnio w tym kraju kierowca trąbi co 10 sekund, niektórzy rzadziej, niektórzy częściej. Skutery piszczą, rowery dzwonią, wszyscy na wszystkich. Najważniejsze jest jednak że odbywa się to bez jakichkolwiek emocji obecnych min u nas na drodze, gdzie ktoś obtrąbiony czuje się jakby mu rodzoną matkę skrzywdzili. Klakson spełnia zupełnie inne zadanie - ostrzegawcze. W ten sposób mówisz komuś przed Tobą że jesteś za nim i że ma być świadom :-) Kierowcy dużo większą uwagę zwracają na jednoślady, które w sumie stanowią dominującą siłę. To że jeździliśmy w nocy bez jakichkolwiek świateł czy nawet odblasków, slalomem między autami wcale nie oznaczało że postradaliśmy zmysły :-) W tym sajgonie jednak można czuć się całkiem bezpiecznie, nie widzieliśmy żadnego wypadku przez cały pobyt w Chinach.

Ale wracając do Moon Hill - dziwna formacja skalna w kształcie łuku często widoczna na pocztówkach z Chin. Dojechaliśmy na miejsce i u podnóża góry zostaliśmy zaatakowani przez babcie. Przebiegłe bestie miały ze sobą małe lodóweczki trzymające ciepło (tzn chłód) z piciem i polowały na turystów. Upał był niemiłosierny więc pewien sens to miało. Generalnie w Chinach nie trzbea się obawiać, że coś Ci zabraknie i brać na zapas. Jeśli jest potrzeba to znajdzie się ktoś kto ją spełni. Popełniliśmy tutaj strategiczny błąd bo kupiliśmy od handlarek po małej buteleczce wody. Jedna babka tylko się uśmiechała i mówiła pokazując na naszą wodę "not much" i "later, later". No więc ok, idziemy w górę a tu za nami rusza ich trójka. WTF??? No jak chcą to niech idą. Próbowaliśmy im uciec ale wymiękliśmy. Gdy postanowiłem uciec z peletonu i paść na twarz ale wejść na górę bez babci, jedna z nich się odłączyła i ruszyła za mną. Słyszałem tylko okrzyki "wait for me" :-D Gdy ledwo żywy wczłapałem na szczyt już chwilę po mnie przyszedł mój prześladowcą z lodówką. Chociaż miałem satysfakcję że ledwo zipiała :-) Usiadła koło mnie, zaczęła się wachlować i szczerząc zęby pokazywała na serce mówiąc przy tym "dum dum". Sama chciałaś babo ;-) W sumie spełniały też pożyteczne funkcje przewodników bo mówiły nam gdzie iść. W końcu kupiliśmy od nich jeszcze parę butelek wody - w ten sposób na pewno się nie oduczą i zaatakują następnych :-)

Po lewej jedna z prześladowczyń ;-)

Wracając z Moon Hill zobaczyliśmy startujące balony no i długo się nie zastanawiając ustaliliśmy że jeżeli będą po 300Y to lecimy ;-) Były po targowaniu się po 450Y ale normalna cena to podobno 600Y. Balony tutaj startują tylko dwa razy - raz o świcie i raz wieczorem. Nam więc został tylko świt. Dodać należy że Chińczycy oczywiście zrobili sobie z tego niezły biznes i w powietrzu w pewnym momencie było ich naprawdę sporo. Tak więc następnego dnia o 5.30 pobudka i lot balonem :-) Lot trwał godzinę, w tym czasie wystartowaliśmy z jednej strony miasta Yangshuo by wylądować po drugiej. Nasz balon unosił się raz bardzo wysoko, raz bardzo nisko. W pewnym momencie kierownik balonu obniżył jego lot nad miastem tak, że myśleliśmy że będziemy lądować na rzece, dzieliło nas raptem parę metrów. Lądowanie należało też do gatunku ciekawych bo było na samochodzie po środku ulicy między liniami elektrycznymi :-) Kierownik balonu rzucił linę swoim pomocnikom którzy nas odpowiednio nakierowali.

Zwróccie uwagę na naszywkę :-)

Oprócz tych atrakcji w Yangshuo mieliśmy okazję na prawdziwie chińskie zakupy - tzn Goretexy The North Face za niecałe 100 zł itp. Maciek odkrył u siebie zdolności do targowania się, za obrazki za które sprzedawczyni chciała początkowo 220Y i 250Y (a po pytaniu ile za obydwa - w końcu spodziewałbyś się lepszej ceny - odpowiedziała 500Y :-D) w końcu dał razem 110Y. Podstawa to zaczynać bardzo nisko i podnosić o bardzo mało :-) Oczywiście i tak za rogiem pewnie było je można kupić za połowę tej ceny - ale to już taka turystyczna atrakcja - myśleć że się złapało nie wiadomo jak dobrą okazję a tymczasem Chińczyk zrobił Cię i tak w jajo ;-)

Dzień drugi spędziliśmy na snuciu się po okolicy, jeżeli się nie wyjeżdżało z miasta to tak na prawdę nie było wiele do roboty. W hostelu poznaliśmy jeszcze parę sympatycznych Polaków - Kasię i Marka. Mają też swojego bloga - http://kasai.eu/ Pełni obaw poczłapaliśmy na dworzec autobusowy - jeszcze tkwiły nam w głowie wspomnienia po poprzednim autobusie sypialnym. Bardzo miło się jednak rozczarowaliśmy, autobus nowiutki, pościele czyste, Chińczycy którzy z nami jechali chyba zmieniają skarpety, nawet film można było sobie obejrzeć. Zmęczeni wczesnym porankiem ocknęliśmy się dopiero w Kantonie. Stamtąd już tylko żabi skok do Hong Kongu - ostatniego miejsca w naszej podróży.

Zdjęcia z kategorii - inne

Co on mu robi?

Malwina i autobus sypialny :-)

Bez komentarza...


Feedback

No comments posted yet.


Post a comment





 

Please add 8 and 4 and type the answer here:

 
Copyright © Dawid Kowalski