Dzień 25, 26 - Hong Kong

Po przyjeździe do Kantonu (Guangzhou) wskoczyliśmy w następny autobus już do Hong Kongu. Tu pierwsza oznaka zbliżania się do byłej kolonii brytyjskiej - nasz środek transportu był wyposażony w kierownicę po prawej stronie. Sama granica z Hong Kongiem jest bardzo sprawnie zorganizowana, w niczym to nie przypominało przeprawy Mongolia - Chiny. I tu pierwsze oznaki zbliżania się do standardów europejskich - w toalecie czysto a dodatkowo jest papier i mydło - wow ;-) W HK w odróżnieniu do poprzedniego kraju mają za to manię czystości. Objawia się to tym że wszelkie przyciski (np w windach) itp miejsca dotykane przez wiele osób są dezynfykowane co parę godzin ! Np. właśnie w windzie obklejone są folia a pod spodem jest stosowana informacja co jaki okres czasu ktoś je czyści. Po przejściu przez granicę było miejsce gdzie przy pomocy alkoholu można sobie było wysterylizować ręce - takie symboliczne obmycie się po Chinach ;-) Tutaj trik z termometrem by nam się nie udał bo na przejściu były skanery termiczne, na szczęście byliśmy już zdrowi jak ryby.

Pierwsze wrażenie po przyjeździe, wszędzie są tu kantory, sklepy z zegarkami i elektroniką :-) Nie ma napisu po chińsku bez napisu po angielsku a i z ludźmi można się swobodnie komunikować. Szczęśliwie po wyjściu z autobusu znaleźliśmy się na Nathan Road - jednej z najbardziej znanych ulic w Hong Kongu. Tam miało być też nasze lokum - nie oznaczało to jednak że mieliśmy spać w Sheratonie ;-) Dotarliśmy więc do Chunking Mansion. Za wikipedią - jest to 17 piętrowy budynek słynący z najtańszych noclegów w mieście. Labirynt sklepów, restauracji i miejsc hotelowych, przy czym nie ma tam jednego właściciela tylko dziesiątki różnych. Słynny z tego że jest to miejsce zamieszkania robotników, handlarzy, podróżników i turystów z całego świata. Przy wejściu przewija się ciągły żółto-biało-czarno kolorowy ludzki tłum. W turbanach, długich szatach, z wielkimi torbami podróżnymi. Wszyscy mają jakiś interes, mogą coś Ci sprzedać, wszystko się tutaj da załatwić. Poszukiwanie noclegu rozpoczęliśmy taktyką schodzącą, tzn wjechaliśmy na 15 piętro pierwszej klatki schodowej, ostatecznie zdecydowaliśmy się na piętro 14, u Filipinki na którą śpiący u niej ludzie (sami murzyni) mówili "mamma". Kobieta sama się stargowała (tzn my staliśmy a ona sobie sama zbijała cenę :-) i nocleg nie wyszedł nas źle - tzn niecałe 20pln na głowę. Pokoje co prawda klaustrofobiczne, mieściły się tylko dwa łóżka, małe przejście między nimi i mikroskopijna łazienka. Całość miała może 2,5 x 3 metry (z toaletą :-) Po wszystkich przeżyciach i przygodach stwierdziliśmy że nie jest nawet źle i ruszyliśmy na podbój miasta :-)

Chunking Mansion

Widok z okna

Port

Standardowo dzień pierwszy w każdym nowym miejscu to proces poznawania okolicy metodą chybił trafił. Na naszej ulicy średnio co 5 kroków jakiś Hindus proponował nam garnitur szyty na miarę lub zegarek. "Watches sir?" "Rolex?" "Suit sir?" i tak w kółko. Nie wiem czy tak źle wyglądaliśmy w t-shirtach i psuliśmy naszym wizerunkiem renomę miasta biznesu ? ;-) Wieczorem następnego dnia nie wytrzymałem i chciałem sprawdzić co też za cuda na ręke można tam kupić. Ostatnio zainteresowanie tą męską biżuterią u mnie wzrosło więc dałem się porwać jednemu Hindusowi. Ten w sekundę zadzwonił po innego z którym skręciłem w pierwszą ciemną uliczkę, później jeszcze ciemniejszą i jeszcze. Następnie przez pierwsze kraty, po ciemnych schodach do góry, drugie kraty i wreszcie mały pokoik. Tam pełno walizek a w środku wyłożone zegarki. Hindus opowiadał że robione na Taiwanie, nawet gwarancję chciał mi dać. Po chwili targowania się był mi gotów sprzedać za ok. 150 złotych podróbkę Breitlinga. Ostatecznie nie zdecydowałem się - może następnym razem ;-)

Ulice Hong Kongu

Wrażenie z włóczenia się ulicami Hong Kongu były jak najbardziej pozytywne, w mieście tym jest bardzo czysto, nikt tu nie pluje, nie śmieci. Służby porządkowe czyściły tam rzeczy o których nikt by nawet u nas nie pomyślał. Dużo jest bardzo zadbanych parków, w których największe wrażenie robi sąsiedztwo ogromnych budynków. Siedząc na ławc można skorzystać z darmowego WiFi, mają tam nawet specjalne ścieżki dla biegaczy, zbudowane z miękkiej nawierzchni. W jednym z parków spotkaliśmy na oko 50 letniego Amerykanina, który jak na nich przystało już po 30 sekundach zaczął nam opowiadać historię swojego życia ;-) Poznał dziewczynę z HK dwa lata temu i teraz tu do niej przyjechał. Stwierdził że nie może zrozumieć dlaczego Ci ludzie wszędzie po mieszkaniach wieszają swoje pranie i dlaczego nie kupią sobie suszarek mechanicznych. Każdy ma swoje problemy :-)

Pomimo że HK jest jedynym z najbardziej liberalnych miejsc na ziemi panują w nim dość srogie przepisy jeżeli chodzi np. o palenie. Można to robić tylko w wyznaczonych miejscach, a kara jest natychmiastowa i dość sroga - ponad 1500 zł. Za karmienie ptaków jest już znacznie mniejsza, "tylko" 500 zł. Nie zdecydowaliśmy się na żadną opcję ;-)

Codziennie o 20.00 na promenadzie wzdłuż portu zbierają się tłumy ludzi by obejrzeć Symfonię Świateł największy na świecie permanentny pokaz świateł i muzyki. My w tym czasie wybraliśmy się na rejs statkiem po zatoce Wiktorii.

Następnego dnia wybraliśmy się na wzgórze z którego rozpościera się na panorama na największą część Hong Kongu. Mieliśmy okazję przejechać się min. dwupiętrowymi tramwajami (scheda bo Brytyjczykach). Chodząc ulicami nie sposób było nie zauważyć, że mieszkańcom tego miasta tak naprawde się nie spieszy. Niejednokrotnie denerwowaliśmy się, że musimy czekać aż powoli gdzieś doczłapią. Jeżeli zaś chodzi o kulinarne podboje to tym razem wygrała kuchnia która znaliśmy - czyli ni mniej ni więcej tylko kebab :-) Był świetny :-) Ostatnią z 'obserwacji' było zjawisko nazywane klimatyzacją. Otóż była ona wszędzie i to dosłownie. W przejściach pod ulicami czy we wszystkich sklepach które nie miały drzwi tylko były otwarte na ulicę. Idąc czuło się na przemian falę zimnego i gorącego powietrza, chyba elektryczność jest tam bardzo tania.

Wieczorem zapakowaliśmy się w darmowy autobus z zakręconym kierowcą, który nas zawiózł do stacji pośpiesznej koleji na lotnisko i pożegnaliśmy HK. Jest to jedno z miejsc z największym ruchem pasażerskim na ziemi. Niestety, ze względu na przesiadkę w Londynie, zakupy alkoholowe w sklepie wolnocłowym się nie udały. Teraz tylko 13h i lotnisko w UK, później żabi skok do Polski :-)

Z serii - teraz Polska

Comments have been closed on this topic.
 
Copyright © Dawid Kowalski